Baños, czyli raj dla aktywnych i pierwsze, ekwadorskie wnioski.

Nocny przejazd autobusem dobitnie przypomniał nam, że nie jesteśmy już w Peru, ale po kilku gorących i niewygodnych godzinach dotarliśmy na miejsce. Pierwszy wniosek z Ekwadoru nasunął się od razu i jest transportowy: kierowcy autobusów i ciężarówek uwielbiają dyskotekę. Nie pod względem muzyki co prawda, ale…świateł. Wnętrze pojazdów biło po oczach niebiesko – pomarańczowymi halogenami, a maski dostawczaków przypominały słynną ciężarówkę Coca-Coli na święta…im więcej blasku, tym lepiej. Taki ekwadorski odpowiednik peruwiańskiego „im głośniej, tym lepiej” – „im bardziej daje po oczach, tym lepiej?”
Baños jeszcze totalnie spało, kiedy przed 7 rano zaczęliśmy wędrówkę pod górę, żeby dotrzeć do naszego hostelu. Chciałabym napisać, że witał nas zapach świeżo parzonej, porannej kawy i gwar budzącego się do życia dnia, ale nie, po prostu wszyscy jeszcze odpoczywali po trudach dnia poprzedniego, ciszą uświadamiając nam, że chyba upadliśmy na głowę, szukając życia o tej porze.
Ale niezrażeni nadal kierowaliśmy się w stronę La Casa del Molino Blanco, gdzie na nieśmiały dzwonek otworzyła nam drzwi Pani Sprzątająca i poleciła, żebyśmy póki co rozłożyli się na hamakach, bo tu jeszcze nikogo nie ma, wszyscy zaczynają pracę od 8.
Aha, ale że tak w ogóle to check in jest od 13. Była, przypominam, 7 rano.
Pokiwaliśmy grzecznie głowami, bo co prawda cyfry nie kłamią i faktycznie zameldowanie było od 13, ale zawsze udawało nam się uprosić coś wcześniejszego. Albo po prostu zawsze wyglądaliśmy jak wypłosze i właściciele na litość dawali nam jakiekolwiek wolne pokoje.
Postanowiliśmy pójść za radą Pani Sprzątającej i próbowaliśmy kimnąć się na hamakach z plecakami w nogach, czując się przy tym trochę jak bezdomni (którymi, notabene, chwilowo byliśmy), a zgodnie z zapowiedziami niebawem pojawił się Pan Właściciel, który co prawda z łaską i z „macie szczęście” na ustach, wręczył nam klucze do pokoju kilka godzin wcześniej. Nie marnując ani minuty, wtaszczyliśmy rzeczy do pokoju i nawet olewając prysznic…poszliśmy spać, potrzebując jednak odespania tej nocy w autobusie. W ramach dygresji – naprawdę nie ma reguły – czasem nawet po 2 nieprzespanych nocach z rzędu udaje się całkiem nieźle funkcjonować, czasem zaś kilka godzin zamyka nam uczy na długo.
Jako tako zregenerowani zaczęliśmy zwiedzania od…obiadu, czyli odpowiednika peruwiańskiego menu del dia – w Ekwadorze nazywa się almuerzo (czyli po prostu obiad) i kosztuje 2,5-3 dolary. Potem spalaliśmy kalorie włócząc się po ulicach zastawionych sklepami z pamiątkami, rękodziełem i wszelkiego rodzaju pieczywem (im bardziej na północ, tym więcej rodzajów, to lubię!), zapełniając czas do 14:00, o której miał odjeżdżać autobus podwożący nasze nie-mające-ochoty-na-trekking pupy kilkaset metrów w górę, do słynnego Casa del Arbol. Postanowiliśmy sobie, że zaczynamy trochę wyluzowywać i okej, lubimy sporty, ale czasem też miło dojechać na miejsce w prostszy sposób i spokojnie podziwiać widoki, zamiast podziwiać ból nóg i rosnące w oczach odciski. Tym bardziej, że tym razem „miejsce” okazało się być królestwem zabaw outdoorowych dla niezaawansowanych. I to wszystko za 1 dolara (no dobra, dojazd busem kosztował kolejne 2, ale zajmował pół godziny, podczas gdy opcja – trekking wymagała co najmniej czterech)! Drugi wniosek z Ekwadoru jest taki, że to bardzo…zielony kraj. I to z wszelkimi odcieniami zieleni. Od stalowo-szarej, przechodzącej czasami w cieplejszą, żółtawą, jakiej pełno było w Cajas, do soczystej, obfitej i nieco przypominającej selwę zieleni sierry i okolicznych pól.
Przewodnik w ogóle pominął ten temat, jadnak ja obraz Casa Del Arbol i zawieszonej na skraju całkiem przyzwoitej przepaści huśtawki, z majaczącym w tle wulkanem miałam w głowie już dawno. Właściwie nie wiem skąd, bo kojarzyłam to miejsce na długo, zanim pomysł podróży w ogóle się pojawił. Umknęło uwadze także to, że jest w Ekwadorze, znajdowało się zawsze w bliżej nieokreślonej strefie bajkowych marzeń. A tu proszę, pod nosem, w Baños! Także dla niektórych może to być zwykła, mierna atrakcja, dla mnie urzeczywistnienie jednego z dawnych marzeń – huśtałam się tak długo, aż zrobiło mi się głupio, bo kilka osób czekało jeszcze za mną na swoją kolej (co ciekawe, nikt nie poganiał, każdy rozumiał frajdę i pozwalał nacieszyć się chwilą).
Piotrek bardziej świecił oczami na widok taśmo-tyrolki, którą też przejechaliśmy się kilka razy, miał też możliwość sprawdzenia równowagi na przejściu po drzewie przerzuconym nad niewielkim stawem…słowem, znalazło się dla każdego coś miłego. Średnio ekstremalne, ale zgodnie stwierdziliśmy, że chyba nie jesteśmy aż tak ekstremalni, żeby sobie udowadniać, że skoczymy na bungee czy innej linie, których to możliwości również oferowano nam sporo.
Wróciliśmy autobusem do centrum, przebraliśmy się w kostiumy kąpielowe i ruszyliśmy…do baños, bo w końcu nazwa miejscowości zobowiązuje. Nad całą miejscowością góruje wulkan Tungurahua, którego ośnieżony szczyt skrywa się najczęściej za chmurami gdzieś powyżej 5000 m n.p.m. Wulkan ten kilkanaście lat temu zrobił wszystkim psikusa i postanowił wybuchnąć, zmuszając do ewakuacji całe miasto i pozostania na przymusowej emigracji kilka miesięcy, zanim nie poradzono sobie ze zniszczeniami. Zostawił jednak na pamiątkę i otarcie łez gorące źródła, na których teraz mieszkańcy mogą odbić sobie straty, kasując za wejście do kilku term (co prawda nazwa Baños De Agua Santa wzięła się nie od term, a od świętej wody i sanktuarium , ale mam wątpliwości, co w tym momencie jest lepszą etykietką eksportową). Nie mogliśmy sobie odmówić i poszliśmy do znajdującej się nieco poza miastem, ale za to z widokiem na sprawcę mojego szczęścia zawartego w ciepełku i szumiący strumień, El Salado. Termy zawierały kilka basenów i początkowo zignorowałam ten najbardziej zatłoczony, hipstersko ładując się do zupełnie pustego, z którego wyskoczyłam dość szybko po zorientowaniu się, że służył on do chłodzenia po wygrzaniu w sauno – podobnej, wulkanicznej wodzie. No cóż, tym razem trzeba było iść za tłumem (nie tak znowu wielkim, bo robiło się ciemno i niedługo mieli termy zamykać) i spędziliśmy cudownie ciepłą godzinę, po prostu taplając się i nic nie robiąc.
Następnego dnia po południu chcieliśmy łapać już autobus do Quito, ale przekonał nas pomysł zrobienia kilkugodzinnej wycieczki rowerowej po obrzeżach miasta, podążając za oznaczeniami Via De Cascadas. Trzeci wniosek z Ekwadoru jest taki, że to świetnie oznaczony kraj. Zaskoczyło nas to w Cajas, tutaj natomiast już nie dziwiły wytyczone ścieżki rowerowe, znaki drogowe, czy strzałki, byle tylko się nie pogubić i nie zboczyć ze szlaku. Idealne dla niedoświadczonego i zagubionego w czasie i przestrzeni turysty.
Wypożyczyliśmy więc rowerki z naszego hostelu, które niestety w niczym nie przypominały Polka Bikes – były poobijanymi góralami bez amortyzatorów, ale ważne, że jeździły – i po szczegółowej instrukcji jak jechać, żeby się broń Boże nie zgubić, ruszyliśmy. Nie marudziłam nawet zbytnio na kask, bo to w końcu jednak południowoamerykańkie drogi, a nie bezpieczne, warszawskie ścieżki, więc przysposobiliśmy się jak Mario Bross i pojechaliśmy. Droga wiedzie głównie z górki albo po płaskim terenie (całe szczęście, bo na nielicznych podjazdach rowery odmawiały współpracy), początkowo poprzez trzy wsie, a później odbija w bok, stając się bardziej drogą dla dwóch niż czterech kół i zaczyna pluć wodospadami. Mamy więc najpierw Agoyan, Puerta Al Cielo, potem Rio Blanco, San Jorge, del Duende i kulminacyjny Paillon Del Diablo. Dosłownie można tylko kręcić głową raz jedną raz w drugą stronę i gdzieś na pewno dostrzeże się jakiś wodospad. Niektórych wręcz nie da się nie zauważyć, bo trzeba pod nimi przejechać, fundując sobie darmowy, naturalny prysznic (albo myjnię samochodową, bo widziałam autentycznie samochody stojące pod nim nieco dłużej, niż było to absolutnie konieczne), aż w końcu, w miejscowości Rio Verde zostawia się rowery i schodzi kawałek w dół, docierając do największego, diabelskiego wodospadu.
Faktycznie robi spore wrażenie, huk i wilgoć słychać i czuć już od połowy trasy, usianej napisami w stylu „Bóg jednak istnieje” i różnymi intencjami…Czwarty wniosek z Ekwadoru jest więc taki, że to bardzo religijny kraj. Kościoły faktycznie były pełne, papież Jan Paweł II nieobcy nikomu, za szybami samochodów obrazki i wszelkie dewocjonalia, mające chronić domowników i kierowców, no i nawet te wyryte napisy przy drodze do wodospadu, chwalące taki wyczyn stwórcy. Może to dlatego przyjęli dolara, przez te wybite na monetach napisy „In God we trust”?
Przy kulminacyjnym wyczynie trzeba się było trochę nagimnastykować, bo droga do niektórych puntów widokowych wiodła wydrążonym w skale korytarzem, który właściwie trzeba było pokonywać na czworaka, a w dół wiodły za to (dla kontrastu) utwardzone schody, nieustannie mokre od bryzy. Mokrzy byliśmy i my, ale zaczynało robić się ciepło, więc nie narzekaliśmy.
Po powrocie na górę, z uwagi na to, że zaczynał gonić nas nieco czas, zapakowaliśmy miłemu Panu na furgonetkę rowery, czekając aż za obiecane 2 dolary dowiezie nas z powrotem do miasta. Pan był bardzo chętny, ale dla dwóch osób średnio opłacało mu się fatygować, zdążyliśmy więc zjeść lody, pokontemplować wnętrze paki, połazić po okolicznych straganach i zacząć się denerwować, zanim dołączyło do nas kolejnych sześć osób i upchani jak sardynki mogliśmy ruszyć, podskakując na drewnianej ławce. No cóż, jazdę na pace ciężarówki też już mamy za sobą:)

 

9 komentarzy

  1. Ale super huśtawka!! Też chcę! Piękne zdjęcia 🙂

  2. No jestem zaskoczona, huśtawki, tyrolki, rowerki,
    a tu nie zdobyty Tungurahua czeka spokojnie?

    1. Starzejemy się:P

  3. Widzę że już macie czym wrócić do domu.

  4. Huśtawka jest mistrzowska!
    Zazdroszczę wrażeń 🙂

    1. BYła super! Taka mała rzecz, a jak cieszy:)

  5. Narzekania na rowerek trochę na wyrost – widzę amortyzatory Martusia w twoim rowerku.

    1. Nie działały:)

  6. Super widoczki!!!! Pozdrawiam.

Dodaj komentarz