Ayahuasca

Czytając z miernym zainteresowaniem materiały z psychiatrii, wzrok, dotychczas przesuwający się bezwiednie z jednej linijki na drugą, zaczepił nagle o kilka liter, otworzył zamkniętą puszkę pamięciową i nagle nad głową zaświeciła się żarówka, a zaraz potem zaczarowany ołówek napisał halogenem „ayahuasca” i przywołał wspomnienia. Traf chciał, że czytałam akurat część o halucynogenach, a ten szczególny wiąże się i wywodzi z Puszczy Amazońskiej, stosowany był przez lata przez południowoamerykańskich szamanów, ostatnio zaś stał się zadziwiająco popularny wśród szeroko pojętych turystów, backpackersów i podróżników.

Jak kostki domina zaczęły powracać wyrywkowe informacje, które zbieraliśmy podczas naszej podróży, włącznie z przypomnieniem, że w ramach pracy domowej miałam dowiedzieć się więcej na temat tajemniczego rytuału.
Dobrze, ale o czym w ogóle mowa?
Ayahuasca w języku keczua oznacza „lianę duszy” lub „pnącze dusz”, chociaż niektórzy ironicznie tłumaczą ją jako „wino śmierci”. Liana i pnącze pasują całkiem nieźle, bo substancje halucynogenne (DMT – dimetylotryptamina i harmalina – inhibitor monoaminooksydazy) pozyskiwane są właśnie z tych części dobrze znanych szamanom roślin, Banisteriopsis caapi,  Psychotria viridis lub Diplopterys cabrerana. Po co?
Głównie w celach leczniczych, ale także by wprowadzić się w trans, umożliwić wgląd w przeszłość i przyszłość, skontaktować się z duchową pamięcią plemienia i wejść w inny wymiar postrzegania. Podczas seansu ayahuaskę pije zarówno pacjent, jak i szaman, po czym obaj doświadczają wizji, w których duchy dyktują im, jak ma przebiegać kuracja. Innym celem takich seansów jest również wykrywanie klątw i uroków będących przyczynami chorób i, rzecz jasna, uzdrowienie poprzez oczyszczenie. Którego obrazem, wymownym i spektakularnym są najczęściej obfite wymioty. Czyli nie tylko oczyszczenie, ale i przeczyszczenie!
Nie zdziwiłoby mnie to bardzo, w końcu rośliny zawierające substancje halucynogenne popularne są w wielu kulturach (ekhm…), gdyby nie fakt, że podczas wyprawy do Dżungli towarzyszący nam Australijczycy z błyskiem w oku wypytywali naszego przewodnika o możliwość poddania się temu rytuałowi. W tamtym momencie patrzyłam nieco zdezorientowana, bo usłyszałam o tym po raz pierwszy, ale po krótkich poszukiwaniach okazało się, że, faktycznie, mnóstwo firm oferuje kilkudniowe wycieczki na seanse ayahuaski, a obrząd znany jest w niektórych kręgach tak dobrze, jak tajskie masaże. Jednak o ile w tych ostatnich kwestia „happy endu” jest z góry znana i dość przewidywalna, nie można tego powiedzieć o szamańskich zwyczajach.
Niektórzy mają halucynacje, inni wymiotują, niektórzy zaczynają się rozbierać, jeszcze inni zwyczajnie czują się niedobrze. Tyle z relacji naocznych świadków. O ile zrozumiałe jest zafascynowanie tradycyjnym specyfikiem, całą jego magiczną otoczką, to cała magia znika w momencie, gdy podczas siedmiodniowej wycieczki realizowane są po 4 seanse a noclegi zapewnione w kilkugwiazdkowych przybytkach.
„Prawdziwy rytuał ayahuaski bowiem jest dla szamana na tyle wyczerpujący, że nie może się mu poddawać więcej niż 2 razy w miesiącu. Firmy turystyczne wykorzystują moment i gubią prawdziwe znaczenie tradycji” – zrzymał się Darwin podczas naszych wieczorków szczerości w puszczy.
Wszystko świetnie, nie mam nic przeciwko nowym i nieco odjazdowym doznaniom, ale włos mi się na głowie jeży, kiedy czytam w internecie całe długaśne listy cudownych właściwości uzdrawiających ayahuaski. O ile mogłabym przełknąć jeszcze wspomaganie psychoterapii w zaburzeniach psychicznych czy leczeniu uzależnień, to nie przełknę i za nic się nie zgodzę na rozpowszechnianie informacji, jakoby pomagała w leczeniu onkologicznym. Ba, nie tylko pomagała. Uzdrawiała! Z nowotworu! Toż to cudowna jest mieszanka! Poprawia wszystko. Wszystko i nic.
Oczywiście jedynie według folderów/stron reklamowych, bo sami szamani wypowiadają się o niej bardziej ostrożnie. Podobno pozwala wniknąć w swój świat wewnętrzny, znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania, wizjami podsuwa rozwiązania. Podobno każdy znajdzie w niej to, czego szuka, a działanie zależy też w dużej mierze od osobistych przekonań. I zapewne od efektu placebo.
Słowem – nie dowiem się, póki nie spróbuję :). Ktoś ma związane z ayahuaską doświadczenia?

Na koniec polecam rozdział z „Zapisków (pod)różnych” Martyny Wojciechowskiej o Ekwadorze i szamanie Raulu. Dla tych wątpiących. Dla tych wierzących nie polecam, bo po co się denerwować.
A tymczasem wracam do zgłębiania psychiatrii i starych dobrych leków. Takich z potwierdzonym klinicznie działaniem i bazą w EBM.

 

Źródła:
http://www.ayahuasca.net.pl/
http://www.filmweb.pl/film/Inne+%C5%9Awiaty+%E2%80%93+Ayahuasca-2004-141901
https://www.erowid.org/chemicals/ayahuasca/ayahuasca_info3.shtml

3 komentarzy

  1. gefion insurance says: Odpowiedz

    Ciekawe informacje już dawno nie czytałem takiego fajnego artykułu.

  2. Ciekawi mnie kiedy Ayahuascę będzie można kupić na aliexpress 😀

    1. Pewnie już można:)

Dodaj komentarz