Areeequipa-requipa-requipa-quipaaa!…I przygody przygraniczne.

Ktokolwiek tu był, ten wie. Ktokolwiek odwiedził któryś z niezliczonych dworców autobusowych Peru (i nie tylko), ten zna radosne trele, a raczej świdrujące mózg, przypominające wiertarkę nawoływania autobusowych naganiaczy. Nieważne, czy naokoło są ludzie vel potencjalni pasażerowie. Nieważne, czy rzeczony autobus odjeżdża za 2 godziny czy za 5 minut. Albo czy miał odjechać pół godziny temu ale nadal nawołują, bo może się zapełni. Pierwsze słowo zawsze wypowiadane jest w miarę wyraźnie, potem tempo przyspiesza, przechodząc na końcu w rodzaj jodłowania, tylko jakoś Austriaków nie widać.

Chociaż od razu po przyjeździe z Uyuni do La Paz kupiliśmy bilety do Arequipy (wskazówka podróżnicza – popełniliśmy błąd kupując z lenistwa bilet bezpośredni; zdecydowanie lepiej cenowo wychodzi kupienie biletu do granicy danego kraju, a po przedreptaniu na drugą stronę mocy wskoczenie w lokalny transport kraju docelowego), przez przejście graniczne w Desaguadero, nie znaczyło to wcale, że tam dojedziemy. No, a przynajmniej, że dojedziemy na czas.
Rozklekotany busik co prawda spisał się na medal, ale Boliwia nie chciała nas wypuścić ze swoich zimnych pazurów. Przy przejściu granicznym czekała na nas zawijająca się kilka razy kolejka, do tego w znacznej mierze na dworze. ZIMNYM dworze. Ale jako że nie mieliśmy wyjścia, z władzą się nie dyskutuje, ustawiliśmy się grzecznie i karnie.
Przez pierwsze 15 minut ruszyliśmy się o 3 osoby do przodu.
Przez kolejne 15 minut kolejne 3.
A potem stanęło.
Na jakieś pół godziny.
Z nudów, zimna i chęci zajęcia się czymkolwiek innym niż wgapianiem w plecy poprzednika, w kolejce rozkwitł handel. Pan handlarz przytoczył wózek z całkiem niezłymi empanadillas. Wciągnęliśmy je ochoczooo…
Oooo…kolejka ruszyła, przeszliśmy dwa kroki i znowu stop.
Przez ludzi zaczęły przechodzić fale niezadowolenia (i fale zimna), gdzieś pocztą pantoflową dotarło do nas, że idzie wolno, bo padł prąd. W całym Desaguadero.
Jako że wspaniałomyślni Boliwijczycy zrobią wszystko, żeby polepszyć czyjeś życie, w okienku pozostał jeden Pan Strażnik, sprawdzający paszport pod latarką i spisując RĘCZNIE dane.
Fala niezadowolenia wzbierała i się burzyła.
Gdzieś pomiędzy ciepłą i przeraźliwie słodką herbatą a wejściem w upragnione drzwi budynku (co oznaczało, że zostają nam do przebrnięcia tylko dwa zawijasy kolejki), bardzo już wzburzony Argentyńczyk tubalnym głosem zaczął opierniczać Panów Strażników, że może przestaliby łazić bez sensu tylko pomogli koledze w okienku, skoro kilkadziesiąt ludzi stoi już półtorej godziny w kolejce. Jako że Argentyńczyk był duży, a Boliwijczyk mały, ten drugi coś tam odburknął, że oddeleguje kogoś z policji. Spychologia pełną parą.
W tak zwanym międzyczasie, również pocztą pantoflową dotarła do nas informacja, żeby pójść skserować na własną rękę dokumenty, to pójdzie szybciej. Pani z busa, który nas przywiózł, podjęła się tego odpowiedzialnego zadania i niebawem wróciła…wręczając nam skserowaną moją wizę rosyjską, zamiast strony głównej paszportu.
Zrobiłabym typowego facepalma, ale kolejka ruszyła, trzeba było działać. Ja zostałam na miejscu pilnując plecaków, a Piotrek pobiegł poprawić ksero…
…na stronę peruwiańską, bo przecież w całym boliwijskim mieście nie było prądu.
Ot, żeby legalnie wyjechać z jednego kraju, trzeba było nielegalnie wkroczyć do drugiego.
Takie paradoksy.
W końcu się udało, dostaliśmy upragniony stempelek i uciekliśmy z Boliwii…tylko że autobus, w który mieliśmy się przesiąść już w Peru, odjechał.
Niezastąpiona Pani z Busa wsadziła nas w kolejnego busa, który miał niby pojechać do Puno i dogonić nasz autobus.
Figa z makiem, kierowca został w to wkręcony zbyt spontanicznie, żeby się wczuć, w związku z tym, kiedy dojechaliśmy do Puno, autobusu nie było, kolejny za dwie godziny, a kierowca rozkłada ręce, że przecież on tu tylko sprząta.
Można się pieklić, ale i tak to niczego nie zmieni. Trzeba się przystosować. I nie przyzwyczajać do myśli, że będziemy w jakimś miejscu o konkretnej porze.
I tak, ponownie wylądowaliśmy w lekko śmierdzącym Puno (Puno-puno-punoooo) , gdzie przy porcie świnki morskie grasują w trzcinie, a wspomnienia łączą się głównie z gastronomią, czyli średnią pizzą i całkiem niezłym kurczakiem z Pollerii, w wolnym tłumaczeniu kurczakowni.
Do Arequipy, jak można było przewidzieć, dojechaliśmy 3 godziny później, niż zakładaliśmy. Nieziemsko zmęczeni, zrzuciliśmy się na taksówkę z parą dość sfrustrowanych sytuacją Kanadyjczyków, wysiedliśmy na Plaza de Armas i zaczęliśmy nocne poszukiwania wolnego hostelu, kierując się wyjątkowo przewodnikiem, a nie booking.com czy wieścią gminną, bo do internetu nie mieliśmy dostępu od jakichś 5 dni. Ale zguba (tzn. Hostel z wifi) szybko się znalazła i postanawiając, że spanie jest jednak priorytetem, zwiedzanie miasta zostawiliśmy na kolejny dzień.
I tu całkiem pozytywne zaskoczenie, jak na drugie (po Limie) największe miasto w Peru. Widocznie Hiszpanie, oprócz zniszczenia endemicznych kultur, przydawali się jednak na coś, na przykład wprowadzając kolonialną architekturę, z której słynie centrum miasta i cieszy oko uporządkowanymi, piętrowymi budynkami z poukrywanymi, urokliwymi patio, arkadami wokół głównego placu czy niezłą katedrą. Oryginalna architektura południowoamerykańska jest jakby…hmmm…mniej uporządkowana…
Nie, to właściwie bardzo delikatne określenie.
Jest jak jeden wielki targ, gdzie każdy może wbić słupek i wmurować cegłę.
Chaos, kłębowisko ludzi sprzedających wszystko i kupujących wszystko, plus biegające dzieci i plączące się między nogami psy, a wszystko doprawione kurzem z szutrowych dróg, których ilość zdecydowanie przeważa nad tymi asfaltowymi czy brukowanymi, nawet w dużych miastach.
Włóczyliśmy się więc po nowych ulicach, zachodząc oczywiście na lokalny targ, jakoś wyjątkowo uporządkowany i przypominający nasze supermarkety, który wkrótce stał się stałym miejscem zaopatrzenia w wszelkie dobra owocowe.
Pozwoliliśmy sobie także na kilka luksusów, czyli w końcu spróbowaliśmy narodowej potrawy ceviche (surowych kawałków pstrąga w różnorodnych sosach, zazwyczaj o przeważająco kwaskowatym smaku), oraz gorącej, ekologiczno-fair trade-lokalnej czekolady na balkonie czekoladziarni.
Początkowo chcieliśmy zaraz następnego dnia wyruszać na trekking do Kanionu Colca, czyli głównej, naturalnej atrakcji Arequipy (hahaha, myśleliście, że tak łatwo pójdzie? Tak, my też; ale jak to w Peru bywa, coś, co wydaje się tuż obok, wymaga jeszcze 5-cio godzinnej jazdy busikiem), ale jakoś tak…zmęczenie jeszcze nie puściło, a miasto okazało się całkiem przyjemne, więc przedłużyliśmy pobyt o jeden dzień i trochę się odgruzowaliśmy.
Zmartwiło mnie trochę, że zapałaliśmy do miejsca taką sympatią, bo wywodziła się ona z niewątpliwej europejskości Arequipy, no ale cóż, swój do swego ciągnie, rodowodu się nie wyprzemy i wsiąknęliśmy powoli w leniwą atmosferę, pozwalając sobie na chwilę relaksu, których wbrew pozorom nie mamy zbyt wiele.
Relaks się przydał, bo gdy to piszę, opuszczamy właśnie nocnym autobusem Arequipę kierując się do Limy i Huaraz, a nogi cieszą się jak dzieci z możliwości siedzenia po porannej wspinaczne 1200 metrów w górę Kanionu Colca. Kolki bynajmniej nie mieliśmy, ale za to towarzyszył cały przekrój różnych wrażeń…
Ale o tym później:)

Dodaj komentarz