Afrykańska codzienność

Droga na północ cięgnie się prosto jak odrysowana od linijki. Zakręt staje się rozrywką, tempomat mógłby być ustawiony na stabilne 120km/h i zwalniać jedynie przy zabłąkanych na drodze krowach, kozach czy przy patrolach policyjnych. Te ostatnie dla nas nie znaczą więcej, niż zdjęcie nogi z pedału gazu, nikt nas nie kontroluje, zawsze machają ręką w międzynarodowym geście przyzwolenia. Policjantka na dzisiejszym patrolu, zamiast skupiać na nas swoją podejrzliwość, przestrzegała przed kradzieżami i radziła uważać na rzeczy wartościowe.
„You know, people are stealing here, in Namibia.”
Podobno kiedyś było lepiej. Teraz jest już jak zwykle.

Po raz pierwszy od początku drogi nie towarzyszą nam płoty. Kończą się farmy, wjeżdżamy na tereny „oddane” w ręce ich pierwszych mieszkańców.
W tym momencie trudno powiedzieć, czy „prawdziwa” Namibia to ogromne posiadłości ziemskie czy inny świat, który właśnie otwiera nam oczy.
Po obu stronach drogi zaczynają pojawiać się wioski. Odgrodzone od siebie trawiastymi granicami zbiorowiska maleńkich lepianek krytych tymi samymi, wysuszonymi trzcinami, co płoty. Gdzieniegdzie przypominające baraki, prostokątne domy z świecącej srebrem blachy falistej. Niewiele większe od tradycyjnych domostw, nieprzystające do brunatnej ziemi i soczystej zieleni drzew.
Wjeżdżamy na prostą cięciwę drogi w kierunku Rundu, na północ, do granicy z Angolą. Nie tyle sama Angola specjalnie nas przyciąga, ale granica już owszem. Wyznacza ją rzeka Okavango, która w Botswanie rozszerza się tworząc jedną z większych i bardziej znanych delt, całą objętą ochroną parku narodowego i wypluwającą wraz z nurtem setki gatunków zwierząt. Od Rundu prowadzi również prosta, jednostajna trasa przez cały Caprivi Strip, wąski fragment kraju, który wcina się głęboko pomiędzy Botswanę i Zambię, docierając Namibią niemalże pod same Victoria Falls i granicę z Zimbabwe. Usiany parkami narodowymi, zupełnie inny, zielony, żyzny, zamieszkany przez lokalne plemiona.

 

Po drodze totalnie nie możemy się skupić. Jeśli mieliśmy w głowach archetypiczny widok „prawdziwej Afryki”, to właśnie mamy go przed oczami. Te wsie, w których jedynymi lepiej wyglądającymi budynkami są kościoły i szkoły, tętnią codziennym życiem. Starsi odpoczywają pod drzewami w cieniu. Kobiety noszą na głowach ogromne baniaki z wodą z rzeki czy ustawionych co kilka kilometrów przy drodze kranów. Nastolatki wędrują poboczem, wysypując się masowo z pobliskich szkół. Ubrani ładnie, w mundurki, niosą stosy pospinanych w podręczniki kartek, czasem biegną w klapiących japonkach, z plecakami zarzucanymi z jednej strony pleców na drugą, byle szybciej do domu, do wioski. Małe dzieciaki grzebią w piaskowych ogrodach albo biegają nieskoordynowanie pilnowani przez niewiele starsze rodzeństwo. Dzieci jest całe mnóstwo. Wszędzie. Prawie nie widać osób sratych, wiekowych, za to dzieci zapełniają każdą wolną przestrzeń. W Namibii ponad 18% populacji ma poniżej 20 lat. Nie do pomyślenia w naszych, przedłużających do granic możliwości życie, starzejących się społeczeństwach. Tu piramida nie stoi, jak u nas, na głowie, ale zachowuje swój pierwotny kształt, jakkolwiek by to brutalnie nie zabrzmiało, produkuje młodych ludzi na potęgę.

Kierujemy się do polecanego w przewodniku Nkwasi campsite/lodge, zawsze wybierając pierwszą przed ukośnikiem opcję. Jedziemy wgłąb pomiędzy wioskami, zatrzymywani raz przez przechodzące przez drogę bydło, czasem kozy, innym razem goniące nas psy. Odmachujemy patrzącym się ciekawie dzieciakom, cudem nie zakopujemy w piasku. Sukcesywnie zbliżamy się do rzeki, która w końcu ukazuje się tuż za campingiem, położonym praktycznie na brzegu, z widokiem na Angolę, na palące się ogniska, wystające spomiędzy krzewów strzechy domów, kąpiących się w rzece ludzi, rozpalone w oddali ogniska, piorące w rzece kobiety, łowiących w rzece mężczyzn, myjące naczynia dziewczynki. Też w rzece. Nie ma wątpliwości, że życie skupia się wokół wody, płynie z jej nurtem, meandruje. Okavango to tutaj centrum i warunek istnienia.

Wkrótce poznajemy Marcusa. Marcus to sekretarz lokalnej społeczności, namaszczony na to stanowisko przez wodza i w naszej ocenie local hero. Działacz społeczny i mediator w sprawach rozwoju z lokalnymi władzami. Wizjoner. Bohater dnia codziennego.

Zabiera nas do wioski, zasypywany przez nas od momentu poznania gradem pytań, bo tak wielu rzeczy nie wiemy, tak wielu nie rozumiemy, tak bardzo chcemy się dowiedzieć, poznać, zrozumieć. Zrozumieć zupełnie odmienną, a jednak nieobcą przecież kulturę. Chcąc nie chcąc, Afryka jest nam bliska. Może nie jako Polakom, ale Europejczykom już owszem, jeśli możemy się tak nazywać. O ile w Ameryce Południowej czasy ekspansji hiszpańsko – portugalskiej minęły już dawno, pozostawiając po sobie jedynie język urzędowy i kościoły, a zależności gospodarcze znacznie bardziej łączą te kraje ze Stanami Zjednoczonymi niż dawnymi kolonizatorami, o tyle w Afryce nadal czuć europejską obecność. Z jednej strony oni znają nas, z drugiej my ich, wychowani na „W pustyni i w puszczy” czy reportażach Kapuścińskiego. Przypomina mi się, jak z wypiekami na twarzy czytałam „Heban”, czy „Rwący nurt historii”, być może wtedy nie wszystko z niego rozumiejąc. Teraz jestem w tych książkach. W rwącym nurcie najnowszej historii.
Z Marcusem trafiliśmy jak swój na swego, jemu też buzia się nie zamyka i jest naszym wytrychem, kluczem dostępu do tajemniczego jeszcze stylu życia.
Przywołuje miejscową, osiemnastoletnią dziewczynę, która słuchając nas uważnie również opowiada, przepraszając za swój angielski, dla nas w zupełności akceptowalny. Mimo, że to namibijski język urzędowy, którego uczą się w szkołach od początku, w domach porozumiewają się raczej w jednym z 5 lokalnych języków. Marcus w sumie zna ich 14. Moje 4 wypadają przy tym dość blado.
Podkreśla, jak ważna jest edukacja, jak bardzo próbuje młodych ludzi zmotywować do kształcenia. Od tego się zaczyna. Od świadomości.
– Ty masz już męża? – pyta towarzyszącą nam dziewczynę
– Niee… – odpowiada zawstydzona
– Chcesz najpierw skończyć szkołę?
– Taak.
– Obiecujesz? Nie kłamiesz?
– Nie kłamię, chcę się uczyć.
– Obiecasz mi to?
– Tak. Obiecuję.
– Twoja mama o tym wie?
– Tak, powiedziałam jej.
– I co o na na to? – wtrącam się w rozmowę
– Powiedziała, że dobrze, że nie muszę na razie wychodzić za mąż. Mam najpierw skończyć szkołę.
– A w której jesteś klasie?
– Dziesiątej, ostatniej. Zaczęłam później, jak miałam 9 lat.
– Czemu tak?
– Wtedy mogłam przejść sama 10 kilometrów do szkoły, wcześniej byłam za mała.
– A ile osób masz w klasie? – dalej drążę.
– 63.
– 63?? W jednej klasie? I jeden nauczyciel…
– Teraz już rozumiesz, o co mi chodzi? Jak edukacja ma być dobra, skoro klasy są do tego stopnia przepełnione? – dopowiada Marcus.

Zwracam mu jednak uwagę, że dość bezpardonowo zadaje prywatne pytania, ale widocznie nikomu to nie przeszkadza. Wyjaśnia, że małżeństwa, aranżowane zawsze przez rodzinę, zawierane są najczęściej w wieku 16-17 lat, więc patrząc po wieku dziewczyny ma nadzieję, że faktycznie dotrzyma obietnicy i w ten sposób uda jej się wyrwać z błędnego koła życia rodzinnego. Sam skupia swoją pomoc głównie na młodych kobietach. Mają potencjał, nawet dobrze się uczą, chcą po ukończeniu 10 klas podstawowych kształcić się dalej, ale niejednokrotnie przychodzi na nie pora założenia rodziny, pomocy w domu. Przestają się uczyć. Zachodzą w ciążę. Przestają pracować. Rodzą kolejne dzieci. Nigdy nie wracają do nauki. Nie ma czasu – codziennie sprzątają, przynoszą wodę, gotują, zajmują się wzrastającą ilością dzieci, zanim starsze podrosną na tyle, by móc nosić w chustach młodsze. Oczywiście tylko dziewczynki. Mężczyzna nie może nosić dzieci. Nie może chodzić po wodę. Nie może gotować, nie może sprzątać. Dlaczego? Bo to do niego nie należy. A co należy? Hm. Buduje lepiankę. Co 2-3 lata umacnia rozpadające się ściany mocnym błotem zmieszanym z klejem podbieranym z termitier. Czasem chodzi na polowanie. Generalnie zanadto się nie przemęcza. Od ciężkiej roboty jest kobieta. Jak jest w ciąży i nie może pracować, mężczyzna za obopólną zgodą bierze sobie drugą żonę. Potem czasem trzecią. No bo robota musi być zrobiona, za to dzieci coraz więcej, to i pracy więcej. Ilości trzech żon z reguły się nie przekracza, ciężko się potem połapać. A z resztą zaczynają nie mieścić się na ogrodzonym terenie, niektóre żony z dziećmi trzeba wyprowadzić gdzieś dalej. I potem chodzić, albo jeździć. Logistyka staje się skomplikowana. To właśnie przypadek ojca Marcusa – 3 żony, w sumie 28 dzieci. Marcus jest jednym z dziewięciu od jednej matki. Jedynym, który żyje na przekór i ma chęć zmian. Jego małżeństwo też zostało zaaranżowane, ale mają z żoną tylko dwójkę dzieci, pomiędzy którymi jest 6 lat różnicy, nie do pomyślenia! Słowo klucz – antykoncepcja. Do tego Marcus nosi na plecach swoje dzieci, pomagając żonie, narażając się na wytknięcia palcami i początkowo niezbyt przyjazne komentarze.
Czemu to robisz? Facet jesteś czy baba?
Ale przyzwyczaja do zmian. Zarówno swoją rodzinę, jak i sąsiednie wioski. Daje przykład. A luzie stopniowo przyzwyczajają się, zaczynają akceptować, nawet jeśli nadal nie pochwalają.
Podobnie było z rozwojem campingu, gdzie nocujemy. Marcus mediował pomiędzy inwestorem a wodzem, tak, żeby obie strony były zadowolone. Ludzie dostaną pracę, dla wielu z nich to nawet wyróżnienie, pracować w „turystyce”, zamiast na polu czy przy krowach. Namibię corocznie odwiedza niemalże tyle turystów, co cała populacja kraju. 20% ludzi pracujących, pracuje w tym sektorze. Napędza gospodarkę. Polepsza w jakiś sposób byt. A my też jesteśmy ciekawi.

– Wiesz Marcus, gdybym mogła rozstawić się z namiotem tu, pośrodku wioski, porozmawiać z ludźmi, popatrzeć, jak żyją, tak jak to teraz robimy, nie zastanawiałabym się długo. Czasem po prostu nie wiemy jak. Kogo zapytać, do kogo zagadać, jak zostaniemy przyjęci. Naprawdę nie potrzebujemy luksusowych lodge’ów i oddzielania płotami.
– I to jest coś, do czego staram się przekonać! Ludzi, władze, wszystkich. Skorzystalibyśmy na tym. Ale wiesz, there is no hurry in Africa. Trzeba działać stopniowo.
Dopytuję jeszcze jak zwykle o szpitale, o leczenie. Marcus uśmiecha się z lekkim politowaniem.
– Szpital? Niee, tutaj leczy szaman. Jaki szpital. Najbliższy jest w Rundu, kilkanaście kilometrów stąd. Zresztą i tak nie byłoby ludzi na niego stać.
– Ale jak to, nie ma szpitali publicznych?
– Nie ma, za wszystko trzeba płacić. Czym? Nie ma przecież pieniędzy.
– Hm, u nas tak to działa. Oddajemy prawie 50% swoich zarobków państwu, na opiekę zdrowotną, szkoły, budowę dróg, emerytury… – staramy się w miarę prosto wytłumaczyć zawiłe funkcjonowanie podatków.
– Oddajecie połowę tego, co zarobicie?! To straszne… – kręci głową z niedowierzaniem.
Wchodzimy do wnętrza chaty. Lepianki to domy „tradycyjne”, w przeciwieństwie do baraków z blachy falistej, „nowoczesnych”. Z wylaną, betonową podłogą. Nagrzewających się do granic możliwości na słońcu i wyziębiających zimą. Nie izolujących tak dobrze, jak błoto i strzecha, ale niosących powiew nowości i wyższego statusu. W środku przestrzeń akurat na podwójne łóżko, wiszący nad nim sznurek na ubrania, małą toaletkę, ustawione przy ścianie buty. Kura wybiega spod łóżka z głośnym gdakaniem. Dzieci śpią na podłodze, wszyscy w jednej izbie. Co, jak przestają się mieścić? To proste, dziecko się wyprowadza. Od 12 roku życia może zamieszkać w lepiance obok, często zabiera też trochę młodszego rodzeństwa, żeby pomóc i zwolnić miejsce. Za chwilę i tak założy własną rodzinę. I tak w postępie niemalże geometrycznym.

Rozmawiamy dalej o budowaniu świadomości od podstaw. O higienie. O zmianie zwyczajów. A przede wszystkim, o chęci do tych zmian.
Wychodząc za ogrodzenie, spotykamy grupkę młodych chłopaków grających w grę kamieniami ułożonymi według nieznanych nam zasad w 4 rzędach, w wykopanych dołkach. Co jakiś czas gracze przeliczają i przerzucają kamyki z jednego dołka do drugiego, licząc coś w myślach, a może licząc na szczęście. Marcus tłumaczy, że to gra „męska”, logiczna, matematyczna. Nie można w niej oszukać, zasady są jasne. Pomimo tłumaczeń, nadal nie do końca je ogarniamy.

Zagaduję chłopca, który oparty o drzewo przygląda się grze:
– A dziewczyny też mogą grać?
– Taak, czasami z nami grają…
– A kto jest lepszy?
Chłopak początkowo uśmiecha się speszony, ale w końcu dopowiada z błyskiem w oku:
Boys.

W czasie, gdy oni doskonalą swoje myślenie logiczne, dziewczynki wracają znad rzeki. Marcus przedstawia nam jedną z nich jako Marthę.
– To tak jak ja! Cześć Martha, mam tak samo na imię – przestawiam się dziewczynie. Ma piękne, wielkie, migdałowe oczy, na oko szesnastoletnia. Odkłada bukłak z wodą, żeby uścisnąć moją wyciągniętą rękę. Z tyłu, uczepiona spódnicy, chowa się jej trzyletnia siostra. Z przodu, w kolorowej chuście ledwo wystaje główka najmłodszej z rodzeństwa, miesięcznej dziewczynki.|
Wkrótce dołączają kolejne, z ogromnymi wiadrami wypełnionymi wodą albo miskami z naczyniami. Niosą ciężary na głowach, idąc wyprostowane, dumne, świadome swojej  perfekcyjnej postury. Przypomina mi się, jak babcia kazała mi chodzić w tę i z powrotem po korytarzu utrzymując na głowie książki, żebym w końcu przestała się garbić. Tutaj takie zabiegi są niepotrzebne. Wyuczone od dziecka, chodzą po piaszczystych ścieżkach stabilnie i pewnie, lepiej niż niejedna aspirująca modelka na wybiegu. Biorę od jednej z nich wiadro i próbuję utrzymać na głowie. 25 litrów wody chlupocze niebezpiecznie tak, że nie mam odwagi puścić rąk.

Po powrocie wymieniamy z Marcusem maile. Planuje w przyszłości otworzyć tu małą klinikę, ma wiele planów. Tak bardzo trzymam za niego kciuki. Oby się udało!

Nad Okavango zachodzi słońce. Ptaki zaczynają swój wieczorny koncert, mieniąc się rajskim upierzeniem i lawirując pomiędzy gęstą, nadbrzeżną roślinnością. Na przeciwległym brzegu kilkudziesięciu chłopaków gra w piłkę, kobiety kąpią się z płytkiej wodzie, nad wioskami unosi się dym z rozpalonych w centrum ognisk. Wraz z nadejściem zmroku kończy się światło, nie ma elektryczności. Patrzymy na nasz namiot, niewiele tylko mniejszy od lepianek, w których mieszczą się tutaj całe rodziny. Długo trawię dzisiejszy dzień.

4 komentarzy

  1. Super napisane, robi wrażenie. Czytając wyczuwałam się w położenie kobiet, jej.. trzymam kciuki, żeby podział ról się zmieniał, tak jak ogólna świadomość. Dreszcz mi przebiegł po plecach na myśl o braku szpitali ;). Ściskam Was mocno,powodzenia na ścieżkach !

    1. Dziękuję bardzo! 🙂 To jest naprawdę działanie u podstaw, totalna zmiana mentalności. Może dlatego głównym celem jest młodzież szkolna no i przede wszystkim młode dziewczyny, one często na największymi niewolnicami tradycji… buziaki i słońce przesyłam!:)

  2. Moje klimaty. W wioskach jest bardziej naturalnie niż w miastach. Tym bardziej , jeżeli nie są przygotowane pod turystów. Pięknie “malujesz” te miejsca. Pozdrawiam.

    1. Dziękuję bardzo! I zdecydowanie się zgadzam – zresztą tu miasta są naprawdę niezłą mieszanką kulturową:) Pozdrawiam!:)

Dodaj komentarz