Adiós, Peru y Bienvenidos, Ecuador!

Planowaliśmy przedostać się do Ekwadoru najprościej, jak się da. Jeśli jednak czasem przebycie 100km potrafiło zająć porządne 5-6 godzin, szykowaliśmy się na równie porządne 48 godzin do najbliższego przystanku w kolejnym państwie, czyli Cuence.
Wpakowaliśmy się w nocny autobus w Huaraz (lini Linea, którą swoją drogą bardzo polecamy – nie dość, że ceny ma całkiem ekonomiczne, to jeszcze były to jedne z najbardziej wypasionych pod względem ilości miejsca na nogi autobusy, z którymi przyszło nam się zaprzyjaźnić, a podłoga imitowała drewnianą (!)), jadący do Trujillo, gdzie mieliśmy od razu przesiadać się w kolejny autobus do Piury.
Pierwsze miasto obudziło nas około 4:00 nad ranem i musieliśmy w trybie natychmiastowym ewakuować się z naszego luksusowego busa i koczować na dworcu. Wbrew pozorom, w Peru obserwowaliśmy znacznie mniej kloszardów, niż chociażby w Polsce – może dlatego, że szara strefa zatrudnienia jest studnią bez dna i każdy tu coś sprzedaje, czymś się zajmuje, byle znaleźć kawałek ziemi, na której można by rozłożyć swoje towary i już, praca zapewniona. I dworce też nie są noclegownią dla bezdomnych, zostały więc chwilowo noclegownią dla bezautobusowych – również dla nas.
Trzeba było jednak jakoś się ogarnąć i skombinować dalszą podróż, także przy pianiach kogutów i ciemnościach poranka (przy okazji rozmyślania, że to właściwie najbezpieczniejsze godziny – bo przestępcy też już śpią, imprezy się pokończyły, a jest pusto, bo dzień roboczy po prostu jeszcze nie odklikał swoich budzików), poczłapaliśmy do dworca innej linii (Itza?), o której było nam wiadomo, że ma autobusy do Piury startujące rano. Dworzec tętnił życiem (o dziwo), ale kasy otwierały się o 7.30, przezornie więc zapytałam panów w koszulach dających do zrozumienia, że mają coś wspólnego z obsługą transportową, czy mogliby mi sprawdzić dostępność miejsc…która okazała się zerowa na tę godzinę. Eh, no nie tym razem.
Irytując się pod nosem po raz kolejny na brak jednego, głównego dworca autobusowego, wsiedliśmy w taksówkę wracając do punktu wyjścia i w końcu, o radosnej 5.30 rano udało się nam kupić bilety na 13.30 do Piury. Nie dało się inaczej. Tylko…co by tu zrobić z wolnym czasem?
Na liście priorytetów najwyżej znajdował się klar na twarzach i śniadanie, zostawiliśmy więc bagaże w przechowalni i ruszyliśmy na podbój miasta założonego kiedyś przez Pizarro. Przywitały nas budzące się do życia ulice, ale wszystkie witryny nadal nie zachęcały kłódkami i idealnie ilustrowały wyrażenie „zamknięte na cztery spusty”. Serio. NAWET MCDONALD.
Mieliśmy więc nieco przymusowy spacer na głodniaka, powstrzymując cieknącą ślinkę na myśl o kawie i jakiejś empanada con queso, połączyliśmy polowanie ze zwiedzaniem.
A akurat puste miasto zwiedza się przyjemnie – chociaż zachmurzone i lekko wilgotne, nieprzezierne i ciepłe powietrze mogło oznaczać tylko jedno – jesteśmy blisko oceanu!
A do tego kolorowe, kolonialne budynki, pomnik założyciela miasta (!!! – nadal nie mogę się nadziwić, jak można wystawić pomnik komuś, który okej, co prawda założył od podstaw Trujillo, ale wcześniej wymordował z pomocą współtowarzyszy, setki tysięcy lokalnej ludności) i całkiem przyjemne kamieniczki uczyniły niespodziewany spacer całkiem przyjemnym. Oczywiście pełnia szczęścia została osiągnięta, kiedy w końcu jako prawie pierwsi klienci znaleźliśmy miejsce para desayunar i zanurzyliśmy się w (niedobrej, ale jednak!) kawie.
Z nową energią ruszyliśmy w stronę ruin preinkaskiej cywilizacji Chimu, Chan Chan, czyli jednej z dwóch atrakcji archeologicznych w okolicach miasta. Złapaliśmy po drodze colectivo, które wysadziło nas na obrzeżach Trujillo, czyli innymi słowy pośrodku pustyni, razem z nieco grunge’ową Amerykanką, z którą kontynuowaliśmy zakurzoną drogę do równie zakurzonych ruin.
Byliśmy pierwsi (to naprawdę nie był żaden konkurs; jakoś tak wychodziło tego dnia, że wszędzie zgłaszaliśmy się tuż po otwarciu; no cóż, kto rano wstaje…albo wysiada z autobusu…),, a do tego pożałowaliśmy 40 soli na przewodnika, rozległość kamiennych konstrukcji potęgowała więc wrażenie jednocześnie przestrzeni i pustki.
Trochę jak w wielowymiarowej grze komputerowej przemieszczaliśmy się w piaskowo – kamienistym labiryncie, co i rusz wymyślając, do czego mogły służyć poszczególne pomieszczenia i korytarze. Niektóre miały wyrzeźbione motywy rybne, niektóre bliżej nieokreślone, niektóre Piotrek prawidłowo rozpoznał jako wiewiórki:). Dochodząc do wniosku, że „a tam, przeczytamy potem na wikipedii, o co tu chodzi”, błądziliśmy trochę bez celu, ale za to pobudzaliśmy wyobraźnię. Zresztą już po wyjściu z ruin znalazłam całkiem obszerne informacje na ich temat na ścianie budynków wejściowych (brawo my za spostrzegawczość), jak również w pobliskim muzeum, do którego powinniśmy byli udać się najpierw, przed ruinami, co z nieco pobłażliwym uśmiechem wyjaśniła nam pani tam pracująca. Oj tam oj tam, idziemy pod prąd nawet wtedy, kiedy nie do końca o to nam chodzi:)
Pozostało nam tylko spróbować lokalnego cevichocho, na które zdecydował się Piotrek, a ja wciągnęłam najlepszą rybę, jaką do tej pory jadłam ( czuć, że ocean blisko) i…trzeba było ruszać w dalszą drogę.
Zapoznaliśmy się już na dobre z przybrzeżną Panamericaną, syfną, ale za to płaską drogą, wzdłuż której wyrastały malownicze góry śmieci, czasami dymiące niczym stożki wulkanów od spontanicznych pożarów. Taki urok.
Piura zapowiadała się równie ciekawie, co okolice Panamericany, więc jako że w przewodniku wyczytaliśmy o możliwości bezpośredniego autobusu do Cuenki, postanowiliśmy zabierać się stamtąd najszybciej, jak to będzie możliwe. Mając nieco ponad pół godziny na przesiadkę (a dworce autobusowe daleko), znowu złapaliśmy taksę, której kierowca ewidentnie wczuł się w powagę sytuacji i z przysłowiowym nożem na gardle przefrunął przez miasto i wylądował nam idealnie przed kasą biletową kolejnego dworca, wjeżdżając dosłownie pomiędzy autobusy.
Ale udało się, były bilety za 50 soli, już wyciągamy pieniądze, już chcemy płacić…a tu zaskoczenie, nie ma gotówki. To znaczy mieliśmy, ale starczyłoby tylko na jeden bilet. A bankomaty daleko, odjazd za to za 10 minut.
Siląc się na uśmiechy, udało się w końcu dogadać – teraz kupimy jeden bilet, a drugi po przyjeździe na miejsce, przy czym ja i bagaże mieliśmy być gwarancją. Panowie przy kasie nie mogli powstrzymać się od komentarza, że jak Piotrek mnie nie „wykupi” to zostanę sobie z nimi (ha.ha.).
Ale udało się, jechaliśmy, drugim z rzędu nocnym autobusem, w którym toaleta była „tylko dla kobiet” i „tylko na siku”, a straż pełnił gburowaty pomocnik kierowcy z kluczem. Początkowo myślałam, że się przesłyszałam, ale nie. Widocznie, jak jesteś facetem, albo nagle zachce się na „dwójkę”, to trzeba robić przez okno. W końcu, co kraj, to obyczaj.
Budzono nas kilkakrotnie w ciągu nocy na różnorodne kontrole, aż w końcu dotarliśmy do tej najważniejszej, granicznej. Piotrek wyglądał jak siedem nieszczęść, obudzony najwidoczniej w kulminacyjnym punkcie fazy REM, bujaliśmy się więc jak zjawy w kolejce najpierw po pieczątkę „adiós, Peru”, a potem „Bienvenidos, Ecuador”. Przez mój otępiały mózg zdołała przebić się tylko jedna informacja „ooo, jest całkiem ciepło” i w ten sposób, o 4 nad ranem (tradycyjnie) znaleźliśmy się w Ekwadorze.

8 komentarzy

  1. 48 godzin w transferze, 2 noce spędzone w autobusie. Kwintesencja odpoczynku 😛

    1. No nie, nie udało nam się pobić Waszego rekordu, nawet nie daliśmy rady wyrównać! Start Huaraz-Trujillo 21:00, potem Trujillo-Piura 13:00, potem Piura-Cuenca 22:00 i wylądowaliśmy w Cuence jakoś koło 09:00 rano. Tylko 36h 🙁

  2. W końcu jakaś porządniejsza cywilizacja . A zdjęcie nr 33 piękne.

  3. Piotrek – zapuść brodę bo jakość nie mogę się przyzwyczaić.

    1. Już jestem sobą 🙂

  4. Najpiękniejsze zdjęcie z całej wyprawy to nr 33 – “drewienko” w kwiatach.

    1. Dzisiaj zrobiłem jeszcze lepsze!

  5. I tak z każdym dniem przybliżacie się do “nowej” Polski. Miejcie oczy otwarte do końca podróży – przy finiszu czujność spada.

Odpowiedz na „PiotrekAnuluj pisanie odpowiedzi