5 nieoczywistych atrakcji Bośni i Hercegowiny

Czyli co warto zobaczyć na Bałkanach, jeśli nie bawi plażowanie.

Myśląc o wakacjach, a już w szczególności o wakacjach na Bałkanach zapewne pierwsze, co przychodzi na myśl, to Chorwacja. Chyba najbardziej turystyczny i zatłoczony w sezonie letnim kraj w tamtej okolicy. Jako że na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat odwiedzaliśmy go kilkukrotnie, a nasze dobre o nim zdanie malało wprost proporcjonalnie do lat upływających od pierwszej wizyty, tym razem postanowiliśmy poznać rzadziej odwiedzanego sąsiada. Wpaść na kawkę, porozmawiać, wspólnie przypomnieć sobie stare, dobre czasy albo po prostu posłuchać, co sąsiad ma do opowiedzenia. A widział i przeżył przecież sporo – do tego całkiem niedawno.
Co jednak robić latem w kraju, który praktycznie nie ma dostępu do morza? To znaczy, teoretycznie ma, około 20 kilometrów wybrzeża oddzielającego fragment Chorwacji z Dubrovnikiem na czele, będącego tym samym eksklawą Unii Europejskiej pomiędzy BiH a Czarnogórą. No ale powiedzcie sami, jechać nad Morze Adriatyckie po to, żeby tłoczyć się na ledwie kilkudziesięciokilometrowym pasku z resztą kraju i rzeszą odwiedzających? Średni to pomysł na wakacyjne wyciszenie.
Dlatego pojechaliśmy wgłąb, w interior, odwiedzić niedocenionego sąsiada. I posłuchać opowieści…

  1. MOSTAR – czyli opowieść o lampie Alladyna

Ciągle zastanawiam się, czy nazwa miasta faktycznie pochodzi od mostu? Tak samo jak szukaliśmy odpowiedzi na pytanie, czy nazwa Kotor pochodzi od kotów? Czy to tylko miejskie legendy, które należy włożyć między bajki?
Czego by jednak nie myśleć, most w Mostarze to miejsce faktycznie magiczne. Dziwne. I tragiczne zarazem. Jeden z najstarszych i najbardziej znanych zabytków całych Bałkanów jest jednocześnie najnowszym. Wybudowany w połowie szesnastego wieku, kompletnie zniszczony w 1993 roku, przywrócony do dawnej świetności w 2004. Latem wypełniony turystami, pomiędzy którymi przejdzie czasami śniady mężczyzna w kąpielówkach. To nie Alladyn, choć lampy jakby wyjęte z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy można znaleźć na rozlicznych straganach rozrzuconych po całej starówce. To jeden z amatorów high-divingu, którzy od lat skaczą ze starego mostu w Mostarze wprost w głębokie i pociągające wody Naretwy. Mogą się w tym celu nawet szkolić w specjalnie na ten cel zorganizowany placówkach edukacyjnych.
W tym jednak przypadku Pan W Kąpielówkach przemknął i zniknął.  Nie zobaczyliśmy spektakularnego skoku. Długo jednak wpatrywaliśmy się w nurt rzeki przecinającej miasto na pół i życie w mikro-wymiarze toczące się na pobliskiej plaży. Z jednej strony turyści, z drugiej strony normalne życie. Z lewej zdjęcia i selfie, z prawej spotkanie z przyjaciółmi i piwko, bo przecież jest piąteczek. Na górze dziewczyny w burkach, na dole pies radośnie skaczący do wody za rzuconą butelką, zupełnie nie zwracający uwagi na to, jak prąd wody sprawia, że ląduje kilkadziesiąt metrów dalej niż miejsce, z którego startował. Zwyczajne życie. Najciekawszy zabytek.

  1. POCITELJ – orientalna turecka bajka

Absolutna perełka. Absolutna, orientalna, urocza, w sam raz. I piszę to z pełną świadomością. Zaledwie dwie restauracje witają przy wejściu. Zaledwie kilka osób, z których większość to muzułmanie, towarzyszy na kamiennych ścieżkach, pnących się ostro w górę. Pomiędzy nimi osmańskie domki, medresy, meczety, drzewa cytrynowe, pustka i czas, który zatrzymał się w miejscu kilkaset lat wcześniej.
Miasteczko w zdecydowanej większości powstało za czasów panowania tureckiego, być może dlatego tak dziwi i zachwyca swoją egzotycznością. Po prostu pojawia się tak jakoś… niespodziewanie. Niespodziewanie też (bo głowy pochylone i skupione na wspinaczce po schodach nie podnosiły się zbyt często by spoglądać w górę), wyrósł nad nami minaret oraz jego naturalna konsekwencja, czyli meczet.
Pani sprzedająca orientalne rękodzieło broniła nieco wejścia, rozstawiając swój stragan praktycznie idealnie przed drzwiami, naturalnie więc była pierwszą (i jedyną) osobą, którą zapytaliśmy o możliwość wejścia. Nigdy nie byłam w meczecie. Trochę miałam poczucie, że próbuję wkroczyć w nieznany teren.
Ale pani pozwoliła.
Z uśmiechem.
Co więcej, okryła mnie od stóp do głów czerwonym płaszczem, po czym poleciła nam zdjąć buty. Przynajmniej mogliśmy poczuć miękkość dywanów, którymi wyłożona została podłoga.
To nie była Hagia Sofia. Nawet nie jej miniatura. Meczet w Pocitelj, zresztą jak całe miasteczko, stanowi raczej skalę mikro-architektury i aż prosi się o zdrobnienia. Chociaż jednak nie przytykał oddechu i nie rozszerzał źrenic swoją wielkością, dla mnie był idealny. Mały. Uroczy. Lekko przyciemniony, z obitymi w skórzane okładki wielojęzycznymi przekładami Koranu pod oknami.
Może dzięki temu poczułam, że jest oswojony. Albo że ja się powoli oswajam z innością, o której nie mam zbyt wyrobionego pojęcia.

W Pocitelj można chodzić i wchodzić wszędzie. Wykorzystaliśmy to skrupulatnie – na wzgórzu ponad miastem wznosi się twierdza z wąską wieżą obserwacyjną. Całość wygląda na opuszczoną, niezamieszkałą, generalnie pustą. Czulibyśmy się jak odkrywcy, gdyby nie fakt, że w odgrodzonych zrujnowanymi murami pomieszczeniach walają się butelki po piwie czy paczki po papierosach. No trudno. Indiana Jones następnym razem.
Nadal jesteśmy jednak sami, kiedy postawiamy wspiąć się po zakręcających klaustrofobicznie schodkach na szczyt. Patrzymy na miasto i wijącą się w dole Naretwę. Czas się zatrzymuje. Po raz kolejny.

  1. WODOSPADY KRAVICA – horror, który zamienił się w raj

Było gorąco. Podczas połowy naszego wyjazdu do Bośni żar lał się z nieba, pot ściekał z czoła, a miny męskiej części grupy krzywiły się zniesmaczone. Zdegustowane. Bo gorąco. Bo bardzo gorąco. (na marginesie dodam, że przez pierwszą połowę wyjazdu zdegustowane zimnem miny miała żeńska część ekipy; tak, było zimno; tak, spaliśmy pod namiotem przy 5°C na zewnątrz).
Na skrzywione miny zastosować można było tylko 2 lekarstwa –  albo zimne piwo, albo zimna woda.  Przy czym jedno nie wykluczało drugiego.

Chociaż więc niekoniecznie lubimy smażyć się na plaży, a Bośnia, jak wspominałam, nie ma zachwycającego dostępu do morza, poszukiwania magicznych źródełek chłodzących rozżarzone głowy doprowadziły nas do Wodospadów Kravica. Początkowo myśleliśmy, ba, wyobrażaliśmy je sobie jak utopijną krainę wprost wyjętą z Księgi Dżungli. Wyobraźcie sobie – spływające kaskadą z 25 metrów wodospady, rozciągnięte na przestrzeni prawie 100 m, głaszczące wodą trawy, rzeźbiące skały, by potem tworząc naturalne bicze wodne wpaść do lazurowej, chłodnej i orzeźwiającej wody.
I tylko Tarzana brakuje.

Tak to sobie wyobrażaliśmy. Tak to sobie wyobrażały nasze zamulone w ponad 40 stopniowym upale głowy.
Niestety, ta dżungla została zdominowana przez przedstawiciela jednego gatunku. Homo turisticus. Był wszędzie.
Przy każdym wodopoju. Na tyle rozpowszechniony, że do miejsc ochłody tworzyły się kolejki, a my spoglądaliśmy na siebie z przerażeniem.
Wiedziałam co prawda, że jest to jedno z popularniejszych miejsce letniego wypoczynku Bośniaków, ale nie zdawałam sobie sprawy, że wszystkie autobusy jadące do Medjugorie robię tam obowiązkowy przystanek.
Żar nadal lał się z nieba, oczy mrużyły od ostrego słońca, a na twarzach gościła mieszanina desperacji i frustracji. Wracamy? Trochę szkoda. Kąpiemy się? Trochę obrzydliwie.  Woda, oblewając tysiące zapoconych ciał traciła sporo ze swojej krystaliczności. I przezierności.  I generalnej czystości. Tak naprawdę, zwyczajnie śmierdziała.
W pewnym momencie w oczy rzuciła się jednak drewniana tabliczka z napisem „Mala Kravica” i niosącą nadzieję strzałką. Pójdźmy tam, sprawdźmy.
Szliśmy więc bez większych nadziei wydeptaną ścieżką wzdłuż coraz klarowniej wyglądającej rzeczki. Jakieś 20 minut później, kiedy powoli traciliśmy nadzieję, znaleźliśmy się w raju, którego tak bardzo szukaliśmy.
Strome zejście doprowadziło nas wprost nad wodę, której nurt zdecydowanie przyspieszał, by załamać się w drobną kaskadę, a kilkadziesiąt metrów dalej solidny wodospad. Oczywiście mniejszy niż te stanowiąca główną atrakcję.  W końcu to Mala Kravica. Ale rozmiar nie miał znaczenia. Miejsce było praktycznie puste, odludne, przepiękne. Można było eksplorować. Można było pływać. Można było skakać ze skał i poczuć ciśnienie wody. Można było zwyczajnie i po prostu odpocząć.
I żałować, że wszystko to już tylko „było”.

  1. BLAGAJ – opowieść o derwiszach

Blagaj to co prawda dawna stolica Hercegowiny, której historia sięga XII wieku, jednak czasy świetności ma już trochę za sobą, a klimatem trudno jej dorównywać do Sarajewa. Jednak z czasów panowania tureckiego zachował się tam jeden z najważniejszych zabytków całej Bośni.
Będzie to więc najbardziej oczywista z nieoczywistych atrakcji tego kraju.
Tak jak dawniej wszystkie drogi prowadziły do Rzymu, tak z Blagaju wszystkie drogi prowadzą do Takije, czyli domu derwiszów. Podążają tam autobusy rowery i samochody. Na szczęście na końcowym odcinku już tylko piesi.

Kim jednak są derwisze?
To członkowie muzułmańskiego bractwa religijnego o charakterze mistycznym, które zaczęły powstawać w XI wieku. W Takije mają swój dom, służący celom mieszkalnym i modlitwie. Nie wiem czy obiekt do teraz jest przeznaczony do celów „sakralnych”. Chyba ciężko się skupić w towarzystwie zwiedzających stąpających po skrzypiącej drewnianej podłodze. Nawet wielokolorowe dywany nie są w stanie wytłumić licznych kroków. Za to znowu można (a nawet trzeba) było przyodziać długie szaty, chusty na głowę i nie zwracać uwagi na pot spływający swędzącą strużką po karku.
Uroki zwiedzania w 40°C.
Nie tylko jednak sam dom derwiszów jest celem podróży, ale również jego położenie. Praktycznie wklejony w wydrążoną skałę, tworzącą nad nim naturalny dach i ochronę, współgra z naturą tak świadomie, jak tylko potrafiono budować w przeszłości.
Do tego z jaskini tuż obok, wypływają w każdej sekundzie ogromne masy wody sprawiające, że to, co uchodzić by mogło za ledwie ciurkające źródełko dające początek rzece Bunie, jest w rzeczywistości rzeką Buną we własnej osobie. Uwolnioną ze skał.

  1. OPOWIEŚĆ O WOJNIE

Przeplata się we wszystkich poprzednich opowieściach, niczym mroźna woda otrząsa z zachwytu nad krajem i każe brutalnie powrócić do rzeczywistości.
Tego nie da się zwiedzić, tego nie da się ująć na podróżniczej mapie. Ale można posłuchać, można zobaczyć. Na każdym rogu, na każdej ulicy. W największych miastach i w najmniejszych wsiach. W pamięci mieszkańców. W straszących zniszczeniem pustostanach. To smutna opowieść snuta każdego dnia, obecna w podziurawionych ścianach i świadectwach przeszłości.
Nawet kiedy zapomni się na chwilę i wpatrzy w panoramę starego miasta Mostaru, po drugiej stronie wyzionie duch przeszłości, spalony teatr czy muzeum z pustymi oczodołami okien. A przechodząca mieszkanka wyprowadzająca psa na spacer rzuci tylko przez ramię, widząc kierunek naszych spojrzeń „To Chorwaci. Chorwaci zbombardowali”.
Pamięć nadal boli, ale jednocześnie ma swój morał i cel. Podniesienie się z gruzów i odżycie na nowo.

Pamiątki po bałkańskim konflikcie towarzyszą podczas całej podróży, nie odstępują na krok, niczym namolny sprzedawca podtykający pod nos swój towar. Ślady wojny też są namolne, rzucają się w oczy, każą o sobie pamiętać. I nie odwracać głowy.