3C, czyli Cuenca, Crepes i Cajas

W Cuence wylądowaliśmy rano i po wykupieniu mnie z niewoli bagażowo – autobusowej, mogliśmy zacząć poszukiwania śniadania i jakiegoś hostelu. Pierwsze wrażenia z nowego miasta to raczej – rozkopane i dość opustoszałe, co nie miało zbyt wiele wspólnego z pięknością, jakiej oczekuje się po wpisie na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Ale niezrażeni, po szybkim ogarnięciu się w pokoju ruszyliśmy na podbój Cuenki.
Nie potrafię jakoś specjalnie rozpływać się na temat miast, bo to, co warte jest w nich do zobaczenia można przeczytać w każdym przewodniku, większość zaś południowoamerykańskich urbanizacji jest pamiątką po Hiszpanach i wiąże się z kolonialnymi, kolorowymi budynkami, maksymalnie dwupiętrowymi, z dużymi drzwiami i  wysokimi oknami wyposażonymi w obowiązkowe kraty antywłamaniowe. Bo w końcu safety first.
Mamy więc jak zwykle Plaza de Armas (już nawet nie sprawdzam, czy to poprawna nazwa, z góry zakładamy, że najpewniej tak właśnie ochrzczono główny plac w mieście) z, wyjątkowo, dwoma katedrami – jedną „starą”, niepozorną i drugą nową, która wyglada właściwie tak, jak powinna wyglądać ta stara. Może trochę zamotałam, ale wiecie, o co chodzi. Archetypiczną katedrą jest ta „nowa”.
Poza tym Cuenca niestety zdominowana jest przez budowę linii tramwajowej, która miałaby objąć całe centrum historyczne, a póki co wypełnia je taśmami, gruzami i drewnianymi kładkami. Nie urąga to urokowi architektury budynków, ale jednak nieco utrudnia spacery.
Jako że kilka dni wcześniej, podliczając nasz budżet i mierząc siły na zamiary, postanowiliśmy niestety z bólem serca zrezygnować z wycieczki na Galapagos (choć było to jedno z naszych największych marzeń, niestety są horrendalnie drogie i liczenie na last minute nadal wiąże się z wydatkiem ponad możliwości) i zapewnić sobie jej ułamkowy substytut, czyli Amaru Parque Zoológico, na obrzeżach miasta.
Większość dojeżdża tam taksówką, ale Pani w Kwiaciarni zapewniała, że można też autobusem. Wsiedliśmy więc na wskazanym przystanku, a kierowca, który co prawda sceptycznie pokręcił głową zapytany, czy jedzie do Zoo, ale potwierdził, że będzie „cerca”, czyli blisko.
Do końca „cerca” to nie było, bo jako że wysadził nas około 2.5km od celu, czekał nas jeszcze średnio przyjemny spacer wzdłuż głośnej drogi szybkiego ruchu, po chodniku, o którym Piotrek ciągle mówił, że chodnikiem nie jest. Za jego chodnikowatością zdecydowanie przemawiał wygląd, porządny, betonowy i z krawężnikami, przeciwko – rosnące nie wiedzieć czemu w środku drzewa. Ale drogowskazy prowadziły nas nieomylnie, aż do miejsca, w którym droga zamieniała się na szutrową i zaczęła wznosić się w górę. Dość ostro w górę.
W ogóle droga przez cały park zoologiczny przypomina nieco trekking w górach – wznosi się i opada, czasem fundując całkiem strome, króciutkie podejścia, jest za to jedna i wiedzie w jednym kierunku, niweluje więc możliwość pomyłki czy zagubienia pomiędzy klatkami. Klatki to właściwie też niezbyt adekwatne słowo, bo zwierzaki mają całkiem spore wybiegi na zboczach, przypominające naturalne środowisko. Większość z mieszkańców to zwierzęta ranne albo nieprzystosowane do życia w dziczy, a sam park to skarbnica wiedzy edukacyjnej i ekologicznej. Duży nacisk kładziono na uświadomienie ludzi o skutkach czasem nieprzemyślanych działań, jak wyrzucanie śmieci czy niedopałków do lasu (przyda się, biorąc pod uwagę, że większość mieszkańców krajów, które odwiedzamy, wydaje się totalnie temat zlewać, mimo że mają szczęście mieszkać na terenach o jednej z największych bioróżnorodności na świecie), a także pokazano nawet dość dramatyczne truchła zwierząt zdechłych podczas nielegalnego handlu. Według naszych standardów „totalnie nie dla dzieci”, ale ja tam uważam, że szacunku dla zwierzaków i tego, że to nie zabawki, trzeba się uczyć od początku.
Ale to mniej ważne, najważniejsze były biegające albo czające się w krzakach „okazy” – czyli głównie flora i fauna ekwadorska (zgoła różna od tego, co można by zobaczyć w naszym zoo), niedźwiedzie andyjskie, pumy, oceloty, pancerniki, tapiry, tukany, ary, żółwie z Galapagos (! – Piotrek nadal zaprzecza, jakoby było to jego alter ego, ja natomiast widzę sporo podobieństw; no, może oprócz tego, że w przeciwieństwie do żółwi, Piotrek nie wytrzymałby roku bez jedzenia i picia), do tego mnóstwo węży (nie, nie, zupełnie nie jadowite) i żmij (tak, tak, jak najbardziej jadowite), a także płazów i większych gadów…Nie zabrakło również namiastki „egzotycznych” dla Ekwadoru zwierząt, czyli lwów czy strusi, co znowu przywodziło mi na myśl starą książkę „zwierzęta dżungli, zwierzęta sawanny”.
Słowem, park mega fajny, drażniły tylko rozwrzeszczane gdzieniegdzie dzieci, które muszą krzyczeć, mimo że stoją dwa kroki od siebie (ah, te instynkty rodzicielskie…), ale i tak nie psuło to ogólnej zabawy i frajdy z obserwacji zwierząt. Lubimy zwierzątka:)
Powrót zafundowaliśmy sobie taksówką, jako że mimo wszystko spacery wzdłuż prawie – autostrady to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej – Pan Taksówkarz jechał całkiem sporym pick upem ze swoim na oko 1,5 rocznym synkiem z przodu, tylko prowizorycznie zapiętym pasami, który co i rusz stawał sobie grzecznie na przednim siedzeniu i zerkał na nas ciekawie. Safety first.
Po powrocie do Cuenki pozwoliliśmy sobie na chwilę rozpusty, bo centrum miasta znowu zachęcało europejskością, Ekwador roi się od piekarnio – ciastkarni, a mi już od dawna chodziły po głowie Crepes, czyli naleśniki. Pamiętać należy, żeby wymawiać to słowo totalnie nie po francusku, tylko z hiszpańskim brzmieniem, inaczej nikt nie zrozumie (chociaż i tak moim przebojem były „Pancakes”, przekształcone w Peru na „Panqueques”). Podczas zamawiania okazało się, że różnice płciowe pomiędzy nami jednak istnieją, bo ja skakałam ze szczęścia mając naleśnika z owocami i capucchino, a Piotrek pizzę z salami i browara…
Następnego dnia mieliśmy w planach park narodowy Cajas, czyli tytułowe trzecie „C”, albo kilka wiosek znanych z rękodzieła i wyrabiania kapeluszy panama (tak, to też bolączka Ekwadorczyków, dlaczego ich narodowy produkt został nazwany „Panama”; można się pieklić, tak jak o nasze „pierogi ruskie”, ale nazwa już przylgnęła i się nie odklei). Niestety, po raz pierwszy w podróży rano zaskoczył nas deszcz, Piotrkowi ochota na park jakoś zaczęła przechodzić, ale przeczekaliśmy najmokrzejszy moment i przycisnęłam, żebyśmy spróbowali. Wrażenia szczegółowo opisze Piotrek, bo w końcu było to jedno z większych zaskoczeń naszej podróży – typowy przykład na to, że jak się na coś nie nastawiamy, to z reguły zaskakuje nas pozytywnie.

Po powrocie z łona natury (jako że trasa przewidywana była na 4 godziny, a zrobiliśmy ją w 2,5, pół godziny jedynie dlatego, że w pewnym momencie zagubiliśmy się pośród traw i musieliśmy ładny kawałek się cofnąć) mieliśmy jeszcze sporo czasu na planowane ukulturalnienie się w muzeum – z założenia numizmatycznym (od 16 lat w Ekwadorze króluje dolar amerykański, w związku z czym popularnością cieszą się muzea dawnej waluty, sucre), ale zawierającym też sporo sztuki współczesnej i etnografii. Czyli wszystkiego po trochu.
Nie czułam się najpewniej chodząc po muzeum w zabłoconych spodniach i butach pokrywających się krzepnącą, błotnistą skorupą, ale przecież nikt nie mówi, że kobieta musi nosić szpilki i sukienki, prawda? Prawda?? 🙁
Muzeum okazało się całkiem przyjemne, nie przepadam za takimi przeładowanymi informacjami, a w tym wszystkiego było pod dostatkiem i bez przesadyzmu. Co prawda trudno zachować umiar w krajach mających tyle odrębności etnicznych i taką różnorodność kulturową, ale jakoś się im udało. Oczywiście największe zainteresowanie wzbudziły sale dotyczące „łowców głów”, głównie dlatego, że kilka pomniejszonych główek można sobie było pooglądać za szybką.
Po muzeum przeszliśmy się jeszcze na spacer wzdłuż strumienia przecinającego miasto, podziwiając całkiem kulturalne rezydencje kolonialne czy niedokończony most, którego historię mamy do doczytania w ramach zadania domowego. Potem nie pozostało nam nic innego jak zapakować się w autobus jadący do Ambato, gdzie zamierzaliśmy przesiąść się w kolejny już prosto do Baños, w pełnej wersji nazwy mających jeszcze dodatek „De Agua Santa”, czyli Łazienki Ze Świętej Wody. No cóż, nazwa specyficzna, ale skusiliśmy się na famę miejscowości wypoczynkowej i pojechaliśmy.

Dodaj komentarz